Czytasz: Durczok: Tym planom trzeba powiedzieć: NIE!

Durczok: Tym planom trzeba powiedzieć: NIE!

To modelowe starcie szmalu i zysku z dobrem wspólnym. Kto wygra tę wojnę? Mam nadzieję, że my. Mieszkańcy Śląska.

To, co dzieje się wokół Parku Śląskiego, to klasyczna wojna o to, czy ktoś dostatecznie bogaty może sobie kupić dowolne miejsce, a potem robić tam, co mu się tylko podoba. W większości przypadków odpowiedź jest jasna. Tak. Święte prawo własności, zapisane w ustawach, strzeżone kodeksami, regulowane przepisami, jest fundamentem współczesnego kapitalizmu. Ale są kwestie, które prostej regule „szmal + własność = wolnoć, Tomku, w swoim domku”, zwyczajnie nie podlegają. Czy się to przekonanym o sile pieniądza biznesmenom podoba, czy nie. 

Tak jest z miejscami szczególnymi. Z centrami miast, zabytkami czy - tak, jak w przypadku, o którym od kilku dni huczy cały Śląsk - enklawami zieleni. Zresztą Park Śląski, bo o nim mowa, na który (w części, rzecz jasna) ma chrapkę pewien deweloper, jest podwójnie wyjątkowy. Łączy bowiem zarówno historyczny dorobek kilku pokoleń Ślązaków, jak i szczególna rolę, jaką odgrywa, będąc od dziesięcioleci oazą ciszy i spokoju dla tysięcy mieszkańców metropolii.

Teraz w tę oazę mają wjechać buldożery. Przygotują grunt pod dziewięciopiętrowe, mieszkaniowe kolosy. Kilka tysięcy ludzi kupi tam mieszkania z fantastycznym widokiem. A kilka milionów, które korzystają co roku z Parku, zamiast zieleni, będzie widziało kolejne osiedle. 

Żeby była jasność. Początek tego bałaganu tkwi oczywiście nie w pomysłach jakiejś spółki, ale w radosnej twórczości miłościwie nam panującego PiS. Niegłupia w zamyśle ustawa (zwana lex deweloper), mająca ułatwić budowę powszechnie dostępnych, tanich mieszkań, została tak spartolona w sejmie, że skorzystają z niej także ci, którzy budują mieszkania dla garstki naprawdę bogatych. Idę o zakład, że to, co miałoby powstać w Parku Śląskim (i niech mnie nikt łaskawie nie poucza, że to „teren skarbu państwa”, że „nigdy nie był powszechnie dostępny” itd., bo to typowy formalno-prawny bełkot. Bloki staną, de facto, na terenie Parku), będzie kosztowało o wiele więcej, niż wszystkie dotychczasowe lokalizacje w tej okolicy. Tak się mści arogancja i wszechwiedza rządzących, którzy wszystkie rozumy zjedli i nikogo słuchać nie muszą. Za to my, z tym ustawowym bublem, musimy się potem mordować, protestując i broniąc ostatniego takiego miejsca w Polsce, jakim jest „Śląski Central Park”.

No, więc czas powiedzieć: nie!

Albowiem nie jest tak, że my wszyscy, mieszkający tutaj i korzystający z Parku, nie mamy w tej sprawie nic do gadania. Otóż mamy. 

Nie ma właściwie ani jednego, sensownie brzmiącego głosu w obronie tego złego, szkodliwego projektu. Oczywiście prócz głosu dewelopera, który chce na tym osiedlu zbić majątek, co jako przedsiębiorca rozumiem, a czego jako dziennikarz nie mam najmniejszej ochoty brać pod uwagę. Zresztą, wnosząc z pisma, jakie Silesion otrzymał ze spółki Green Park Silesia (to ta spółka, która chce budować wspomniane osiedle) po publikacji pierwszego naszego tekstu, o rzeczowych argumentach raczej trudno tam mówić. Bo to, co dostaliśmy, było raczej średnio rozsądną próbą polemiki, niż jakimkolwiek sprostowaniem.

Park Śląski przechodził różne, czasem bardzo trudne chwile. Kilka lat temu, wreszcie, marszałek województwa zorientował się, jaki skarb ma w swoim władaniu. Prace nad wykończeniem Stadionu Śląskiego, perły w parkowej koronie, nabrały przyspieszenia. Kocioł Czarownic ruszył, aktywnie działała Rada d/s Parku, której przewodniczył premier Jerzy Buzek, a która skupiała osobowości regionu, wspierające pomysłami i uwagami plany rozwoju Parku. 

Dziś Park Śląski staje przed realną perspektywą wpompowania weń gigantycznych pieniędzy na modernizację. Na budowę tam obiektów autentycznie służących wszystkim mieszkańcom województwa i regionu, a nie garstce wybrańców. 

Klucz do tego, żeby uniemożliwić i zablokować (tak, używam tych słów z pełną odpowiedzialnością) budowę wielopiętrowych bloków w tak unikalnym miejscu, zakorkowanie okolicznych dzielnic i zeszpecenie krajobrazu (jakby widoku na popularny Tauzen było mało), leży w rękach radnych Chorzowa. 

Panie i Panowie! 

Apeluję. Nie ulegajcie iluzorycznej wizji większych wpływów do miejskiej kasy i trudnych do określenia nowych miejsc pracy. Te same korzyści możecie osiągnąć, zgadzając się na inne przeznaczenie tego terenu. Nie wszystko jest na sprzedaż! Choć wielu z takiego punktu widzenia uczyniło swoją życiową filozofię. Posłuchajcie ludzi. Tych z Chorzowa i tych z Katowic. A także z wielu innych miast. Zróbcie pierwszy krok do zablokowania tego projektu. Projektu, który nie tylko gwałci zdrowy rozsądek, ale też niszczy dorobek pokoleń. 

Szlag mnie trafia na myśl, że zysk jakiejś firmy jest ważniejszy od tego, co jest unikalne na skalę europejską. Jeśli bowiem to osiedle tam powstanie, to za chwilę okaże się, że wolno wszystko. Na przykład postawić budy z goframi obok powstańczych skrzydeł przy rondzie. A Jorg Ziętek będzie się w grobie przewracał.