Komentarz

Durczok: Lemoniadowy Joe, czyli śląscy kowboje biznesu

Właściciele firmy wyją z radochy, że małym kosztem mają reklamę, o jakiej nigdy nie marzyli. Czy to fair? A kogo to w tych czasach obchodzi! John Lemon albo On Lemon. Jaka to różnica....

Ta historia mogła się zdarzyć tylko w Polsce. Nie dlatego, że próba podparcia się cudzym nazwiskiem albo marką, to rodzima specjalność. Głównie z powodu tego, co wydarzyło się po wybuchu afery z napojami John Lemon. W normalnych warunkach osobnicy złapani na gorącym uczynku mówią: "sorry, słabe to było". U nas wciąż obowiązuje zasada: plujemy, ale mówimy, że to deszcz pada. I niech nam udowodnią, że jest inaczej.

Przypomnijmy w skrócie, jak zaczęła się ta cała historia. Otóż parę lat temu ktoś wpadł na sprytny pomysł, żeby buteleczki z kolorowymi napojami nazwać John Lemon. Ok. Wolno. Potem przez wiele lat inwestował, rozwijał markę, odnosił sukcesy. Brawo. Ale potem, co było jasne jak słońce w naszym zglobalizowanym świecie, ktoś się tym napojem zainteresował. Jacyś spadkobiercy, jacyś prawnicy, jakaś Yoko Ono. No i się zrobiła chryja. Jasna, oczywista, przewidywalna, będąca wyłącznie kwestią czasu. Bo przecież każdy wie, do czego producenci napoju o tej nazwie - nomen omen - pili. I dopiero od tej chwili zaczęły się jaja.

To, jak właściciele marki wychodzą z tego zamieszania, to gotowy materiał na solidny rozdział podręcznika PR. Że nieprofesjonalnie, amatorsko i zwyczajnie źle, to jedno. Ale że przy okazji robiąc z ludzi idiotów, to już osobna bajka. Oto krótki zestaw użytych w tej aferze, najśmieszniejszych w historii PR, argumentów.

1. Właściciel twierdzi, że nigdy nie chciał się podszywać pod Johna Lennona, bo jego klienci Lennona po prostu nie znają. Oczywiście. Ja w to wierzę. To potwierdzenie, że były Beatles w ogóle jest słabo znany na świecie! W Polsce też. Podejrzewałem to od dawna, ale brakowało mi dowodów. A teraz są. Lennon jako artysta odnosił przecież bardzo umiarkowane sukcesy. I to w dalekich Stanach Zjednoczonych, w wąskich kręgach subkultury "hippies", w Polsce szczątkowo reprezentowanej w latach 60-tych, między innymi przez dzisiejszego wicemarszałka sejmu Ryszarda Terleckiego, wówczas pseudonim "Pies". Kiedy Lennon zyskał lokalną sławę w miasteczku Nowy Jorg (albo Nowy Jork, nieistotne), zastrzelił go jakiś szaleniec o nazwisku Chłopman albo Chapman, czy jakoś tak. Ale to wszystko działo się dawno i nikt o tym nie pamięta. Nie pamiętałby pewnie do dziś, gdyby nie jakaś starsza pani, która nawet w Polsce nie jest znana (najlepszy dowód, że piszą o niej Ono, a przecież wszyscy wiedzą, że kobieta to Ona). Bez jej starczej złośliwości, legendarny napój, spożywany na całym globie i znany pod nazwą John Lemon, funkcjonowałby na rynku w spokoju, bez jednej wizerunkowo-plagiatowej skazy. A tu masz Yoko placek.


2. "Robiliśmy badania w grupy docelowej osób w wieku 20-30 lat - nasi klienci go (Lennona - przyp. KD) niby kojarzyli z nazwiska, ale niespecjalnie byli w stanie wymienić nawet jedną jego piosenkę" - przekonuje właściciel firmy. Nie wiem, po co ten zbędny wydatek na badania. I bez nich było to oczywiste. Dlatego szefowie Johna Lemmona poszli na całość i reklamowali produkowaną przez siebie ciecz między innymi na festiwalu muzycznym w Dolinie Trzech Stawów. Po co? Żeby przybliżyć tym głupkom (widzom) postać, nieznanego szerzej artysty Lennona. I szczerze mówiąc, Ono, ta starsza pani z Ameryki, powinna być wdzięczna chłopakom z Katowic, za propagowanie nazwiska jej zmarłego przedwcześnie męża. A nie ciągać za to po sądach. Całość zakrawa mi na paskudną, czarną niewdzięczność.


3. Oni myśleli, że mają do czynienia z jakąś wielką firmą i dostaną setki milionów odszkodowania. Zagroziliśmy, że ogłosimy bankructwo i nie dostaną ani grosza - kolejny argument właścicieli. Jeżu!!! Przecież to genialnie nowatorski element negocjacyjny! Od dziś we wszystkich rozmowach handlowych, stałym punktem powinien stać się ten slogan: nie strasz, nie strasz, bo splajtuję i grosza nie zobaczysz. Na to mógł wpaść tylko ktoś naprawdę wielki. Być może sam Stefan Jobs krajowego biznesu.

 

Ale dość żartów. Historia katowickiej formy John Lemon to mieszanina sprytu i cwaniactwa. I to w proporcjach raczej dotąd rzadko spotykanych na pracowitym, solidnym i rzetelnym Śląsku. To, że brand firmy w oczywisty sposób nawiązuje do legendarnego członka Beatlesów, jest jasne nawet dla muzycznego i popkulturowego analfabety. Trzeba sporej dozy bezczelności, żeby wmawiać ludziom, że jest inaczej. A jednak właściciele firmy zaryzykowali. I postanowili zrobić z nas idiotów.

Można było oczywiście inaczej. Wystarczyło powiedzieć "sorry, zapędziliśmy się, nikt nie myślał, że będą z tego takie kłopoty. Na dodatek nasze wątpliwości rozwiał stosowny urząd Unii Europejskiej, który znak nam zarejestrował i mówił, że wszystko jest ok". Można było. Ale po co...?

No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Całkiem uprawnionym jest wniosek, że z każdym kolejnym artykułem właściciele firmy (skądinąd sympatyczni ludzie, wiem, bo znam), wyją z radochy, że niewielkim kosztem mają reklamę, o jakiej nigdy nie marzyli. Każdy artykuł w którym pojawia się nazwa buteleczki z kolorowym płynem, to marketing, za który nigdy by nie byli w stanie zapłacić. Brawo Wy. Czy to fair? A kogo to w tych czasach obchodzi! Liczy się kasa. A jak ludzie głupie chcą wypić przy zupie, to już wiedzą co to John Lemon. Albo On Lemon. Jaka to zresztą różnica...


No, to pora kończyć tę historyjkę z krainy głupoty. A gdyby komuś przyszło się obrazić i ciągnąć mnie do sądu, informuję: tego wszystkiego nie napisałem ja. Felieton stworzył Kamil Craig. Miał grać w najnowszym Bondzie. Ale mu się nie chce. Z tego, co wiem, producenci wzięli jakiegoś podrzędnego aktorzynę, chałturzącego na co dzień na Broadwayu.

Czytaj więcej

Napisz do autora k.durczok@silesion.pl
Zmiana kategorii na: Gala BCC