Czytasz: Durczok: Kościół na krawędzi. Upadek niekontrolowany

Durczok: Kościół na krawędzi. Upadek niekontrolowany

Kościół głupiał latami. Od kasy, fajerwerków, usłużnych politykierów i władzy, chwilami absolutnej. Ci, którzy napawali się pieniędzmi, dobrami i kolosalnym wpływem na wynik wyborów, czuli się jak ryba w wodzie. Pozostałym nie było gorzej.

Przez chwilę słuchałem rzecznika Konferencji Episkopatu, niezdarnie tłumaczącego żałosny głos polskich biskupów w sprawie pedofilii. Potem wyłączyłem nagranie. Okazało się, że nawet po 48 godzinach bezprecedensowego oburzenia, polski kościół niczego nie zrozumiał.

Dojmująco smutnym widowiskiem była prezentacja raportu o pedofilii w Kościele nad Wisłą. Nietrudno znaleźć inne określenia, może nawet lepiej oddające stan ducha, głównie ofiar księży pedofilów. Skandal, zbrodnia, tuszowanie przestępstw, krycie kryminalistów w sutannach. Wszystkie mocne, wszystkie - zwłaszcza w ustach pokrzywdzonych -  uprawnione.

Ale dla większości wiernych zaślepienie, ucieczka przed odpowiedzialnością i prawdą, wypieranie winy i groteskowe tłumaczenia, to przede wszystkim powód do smutku. Młodsi nie pamiętają. Jednak ci, którym przyszło żyć w szarych latach komuny, właśnie w polskim Kościele widzieli jedyny promyk nadziei, głos wolności, mądrość, przenikliwość i dalekowzroczność, każąca myśleć, że ten tekturowy ustrój kiedyś padnie.

Co się stało, że pokolenie mądrych, odważnych kapłanów, zostało zastąpione kościelnymi aparatczykami, ortodoksyjnym betonem, karierowiczami, dla których kasa stała się nadrzędnym celem działalności kościelnego aparatu? Kto przesadził polskiego proboszcza z roweru do wypasionego mercedesa? Kto zamienił pokoik u gospodarza we wsi na pałace i wille, chyba tylko przypadkiem nazywane plebaniami?

Ktoś powie, że rozpasanie Kurii Rzymskiej, rozmach bezczelnej defraudacji i łapówkarstwa, ponury mrok największych afer Banco Ambrosiano, nie czynią z naszego Kościoła wyjątku. Nieprawda. Na żadnej włoskiej wsi proboszcz nie szczyci się najlepszą furą, największą chatą i nie jest tak wbity w bezczelną dumę, jak polski farorz. To na polskiej prowincji proboszcz jest ważniejszy niż wójt, komendant policji i miejscowy lekarz razem wzięci.

Na którym wirażu historii, Kościół wpadł w śmiertelnie groźny poślizg? Kto jest temu winien? Czy tylko odwieczne ludzkie słabości, toczące księży tak samo jak świeckich? Czy może coś jeszcze?

Wydaje się, że Kościół zaczął się psuć się od zbyt bliskich kontaktów z władzą. Chora symbioza rzędu dusz i wyborczych głosów, korumpowała kler przez kolejne dekady po odzyskaniu wolności w 1989 roku. Były ekipy trzymające hierarchów na większy dystans, byli politycy z bezczelną obłudą włażący pod księże sutanny. To był chory romans, dający perwersyjną rozkosz obydwu stronom. Żaden polski polityk nie odważył się tego chorego tańca przerwać. Żaden nie miał dość odwagi by, wyciągającym chciwe łapska księżom, powiedzieć „nie”.

A Kościół głupiał. Od kasy, fajerwerków, usłużnych politykierów i władzy, chwilami absolutnej. Ci, którzy napawali się pieniędzmi, dobrami i kolosalnym wpływem na wynik wyborów, czuli się jak ryba w wodzie. Ci, którzy mieli bardziej mroczne wizje, dawali im upust w pedofilskich zbrodniach, niejawnych związkach, perwersjach i molestowaniu. Najczęściej szybko przekonywali się, że ziemska sprawiedliwość ich raczej nie sięga. Wynaturzenie rodziło wynaturzenie. A Kościół, grzejących się w chwale i autorytecie Jana Pawła II, stawał się instytucją coraz bardziej wyjętą spod prawa. Kler kostniał, bezczelniał i zwiększał wpływy.

Nie warto tu wymieniać nazwisk, bo zacznie się licytacja na dobrych i złych. Nieliczne głosy opamiętania, płynące z diecezji opolskiej, górnośląskiej czy gdańskiej, i tak znikały w morzu głupot wygadywanych przez resztę biskupów. Każda dobra robota oddanego Bogu i ludziom wikarego, blakła w cieniu wyczynów innych duchownych.

Jedno nazwisko warto wymienić, bo stało się symbolem kościelno-zakonnej hucpy. Tadeusz Rydzyk, zakonnik z Torunia. Lider sekty w samym kościele, za nic mający głosy krytyki i twardo wykorzystujący rzeszę swoich zwolenników dla tych, którzy dają akurat więcej. Gromadzący fortunę porównywalną z budżetami największych miast. Nie boi się nikogo, straszy, szantażuje, rozdaje i cofa poparcie. Z Torunia stworzył nie tylko centrum kultu, głównie zresztą swojego. Stworzył też Mekkę dla polityków. Muszą się tam udać, pokłonić, wręczyć dary. Potem mogą liczyć na wsparcie. Albo i nie, kiedy dary nie dość obfite.

Wpadek, skandali, niejasnych spraw, afer i tajemnic jest mnóstwo. Kiedyś przyjdzie czas ich osądzenia.

Ale stan umysłu Episkopatu, wydaje się gorszy niż można by sądzić. Na sam koniec muszę wrócić do sprawy, która jest symbolem poziomu obsesji, fiksacji, zacietrzewienia i ciemnoty, toczącej istotną cześć kleru.

W ostatnich dniach na jaw wyszła instrukcja przygotowania dzieci do pierwszej komunii. W ramach rachunku sumienia, 9-cio letnie dzieci, muszą sobie, a potem księdzu, odpowiedzieć na takie pytania jak to, czy się masturbują, co wtedy myślą, czy mają myśli „nieczyste” i czy - długo nie mogłem w to uwierzyć - czy wyobrażają sobie siebie w filmie pornograficznym.

To oficjalny dokument. Równie oficjalnie trzeba powiedzieć: tylko idiota albo zboczeniec każe 9-cio latkom odpowiadać na takie pytania. Polscy biskupi nie stuknęli się w głowę albo w pierś, nie powiedzieli: to głupi pomysł, czas się z tego wycofać. Jeśli nic takiego nie padło, naprawdę nie ma co liczyć, że skostniały aparat kościelny będzie zdolny do jakiejkolwiek refleksji i działania w sprawie pedofilii.

Żal ofiar. Z nadzieją patrzyły na biskupie głowy po tym, jak Papież Franciszek całował rękę polskiej ofiary księdza pedofila. Potem dostały w pysk. Z tym bólem muszą żyć.

Przy tej polityce, puste świątynie są tylko kwestią czasu. Biskupi z mozołem piłują gałąź na które siedzą. Wszędzie wietrzą spisek. Uważają, że kłopoty zaczęły się od filmu Kler. Głupiej się już nie da. Nie.

Czytaj więcej