Czytasz: Durczok: Kobiety cierpią najbardziej

Durczok: Kobiety cierpią najbardziej

Pozostaje im tylko czekać, bo nic nie mogą zrobić. Czekać, rzykać i wierzyć, że ich ukochany wyjedzie z szychty żywy.

Ryk kopalnianej syreny, jeśli tylko rozbrzmiewał o innej, niż koniec szychty godzinie, zawsze zwiastował coś złego. Mamy i żony zrywały się wtedy, rzucały wszystkie zajęcia i biegły pod „gruba”. Z przerażeniem w oczach wypatrując „swojego”. Bo na Śląsku, od zawsze, mówiło się o ukochanym albo ukochanej, mężu czy żonie, „mój” albo „moja”. Jeśli ktoś widział kiedykolwiek, jak na szyję „swojego” rzuca się żona górnika, wie, czym na Śląsku jest miłość, szacunek, przywiązanie, związek, szczęście i rodzina.  

Kobiety cierpią najbardziej. Nic nie mogą. Poza modlitwą do św. Barbary. „Rzykają” więc do patronki górników, żarliwe i szczerze.  Nic więcej nie mogą zrobić. Pozostaje czekać i wierzyć. Że ich mąż albo ojciec wyjedzie z szychty żywy. Żeby to zrozumieć, żeby pojąć, że to wieź silniejsza niż gdziekolwiek, trzeba wiedzieć, że Śląsk jest rodzinny w kompletnie innym tego słowa znaczeniu. Jak miałoby być inaczej, skoro przez wieki rządzili nami i Czesi, i Niemcy, i Polacy. Gdzie, jak nie w rodzinie, szukać było oparcia, skoro na „grubie" rządził raz polski, raz niemiecki, a po wojnie nawet ruski „sztajger”.

Patrzę na kobiety pod Zofiówką. Myślę o matkach i żonach hajerów w Jastrzębiu. Myślę, że nikt do końca nie zrozumie, co czują. Tak jak nikt wcześniej nie rozumiał, co czuły, jak straszliwie były przerażone, jak się bały o „swoich”, kobiety w Rudzie Sląskiej, Czechowicach, Radlinie i Mysłowicach. 

Babcia opowiadała, jak w 1956 roku, pod bramą „Bożych Darów”, kopalni w katowickiej dzielnicy Kostuchna, gęstniał tłum, kiedy syrena zawyła przed południem. Jak zdjęta przerażeniem, bez tchu, biegła pod bramę razem z dziesiątkami kobiet, których bliscy byli wtedy na szychcie. Dziadek Ewald, któremu komuniści kazali zmienić imię na Edward, był tam sztygarem. Przeżył. Ale strach przed śmiercią ukochanego towarzyszył babci zawsze. Podwójny, od kiedy pod ziemię zaczęło zjeżdżać drugie pokolenie rodziny. Jakby babcinego strachu było mało, wujek Józef zdecydował się, krótko po rozpoczęciu pracy, że prócz normalnych obowiązków, będzie też ratownikiem górniczym. Brał między innymi udział w dramatycznych akcjach w czechowickiej Silesii. Katastrofy w tej kopalni zebrały najtragiczniejsze żniwo. W obydwu zginęło kilkadziesiąt osób. Część ofiar spłonęła żywcem. Wujek długo nie chciał opowiadać o tym, co widział. Ale pamiętam, jak czekaliśmy na niego, kiedy zjeżdżał z akcji. Widoku umorusanych twarzy ratowników, omdlałych z wysiłku, prawie leżących w ratowniczym autobusie, zapomnieć się nie da. Dziś te same, bohaterskie twarze, widać na Zofiówce.

Katastrofa na kopalni, wbrew temu, co twierdzą niektórzy warszawscy mądrale, to nie kolejny, tragiczny wypadek. Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, czym była na Śląsku kopalnia. To nie był zwykły zakład pracy. Dawał wypłatę, czyli geltag, ale też organizował życie, wczasy, własną pralnię, szychtę i klocek. Starzy górnicy wiedzą, co to jest. W pewnym sensie kaleczył. Górnik miał fedrować i nie martwić się o nic więcej. Dlatego tej grupie zawodowej tak trudno było odnaleźć się w innej niż górnicza rzeczywistości. To nie wina tych ludzi. To zemsta chorego systemu, sztucznie, przez lata, w obawie o spokój społeczny, podtrzymywana przez nieodpowiedzialnych polityków.

Tąpnięcie w kopalni to katastrofa nie tylko pod ziemią. To strach w tysiącach rodzin, to zawalenie się spokoju i względnej stabilizacji. Więc niech mi żaden ciul nie wypisuje mądrości o tym, czym są katastrofy górnicze. Bo nic z tego nie rozumie, jeśli czegoś takiego w rodzinie nie przeżył.

Dziś, w Jastrzębiu, kobiety cierpią najbardziej. Niech wszystkie dobre myśli będą z nimi.