Czytasz: Krew na rękach, czyli polski House of Cards

Krew na rękach, czyli polski House of Cards

Kim jest polski bohater najsłynniejszego politycznego serialu świata.

Ruszył! Piaty sezon. Rozpala do czerwoności, wkurza, intryguje, wciąga i każe zarywać noce. Całkiem jak polityka. No, ale też o niej właśnie traktuje. Magiczny tytuł. I miliony fanów na całym świecie. Panie i Panowie! Przed nami piąty sezon House of cards!!!

Pierwszy taki serial. Po raz pierwszy wyprodukowany wyłącznie dla internautów, kosztujący tylko w pierwszej serii grubo powyżej 100 milionów dolarów. Sam Kevin Spacey włożył w ten biznes kilkadziesiąt milionów zielonych. Pierwszy raz zrealizowano tak gigantyczną produkcję wyłącznie na potrzeby sieci, a nie stacji tv albo kina. I się udało. Sukces globalny.


Od tego czasu, w każdym kraju trwają przymiarki, kto mógłby być pierwowzorem Franka Underwooda, jego przepięknej żony Claire, młodziutkiej dziennikarki Zoe, oddanego (nomen omen) do bólu Douga Stampera oraz rzeszy innych bohaterów. Nie inaczej jest u nas.


Powiedzmy sobie szczerze - próba poszukania odpowiednich postaci w śląskiej polityce, to jak mecz piłkarski Olimpii Goleszów z Juventusem. Niby obydwie drużyny grają w piłkę. Tyle, że jedna w nożną, a druga w taką do metalu. Znalezienie na Śląsku tak sprytnego, bezwzględnego i przebiegłego polityka, który byłby o krok od ważnego stanowiska, został wyrolowany, podniósł się z dna i został prezydentem - to zadanie kompletnie bez sensu.


Spróbujmy zatem poszukać odpowiedników w polityce ogólnopolskiej. Tu już łatwiej. Jest rok 2005. Donald Tusk dostaje łomot, jakiego świat nie widział. Najpierw Lech Kaczyński pozbawia go prawie pewnej prezydentury. Potem Jarosław ogrywa na finiszu jak dzieciaka, zwijając sprzed nosa pewne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Tusk jest na dnie. Tygodniami nie może wyjść z szoku. Żyrandol i sejmowa większość sprzątnięte sprzed nosa przez sprytnych bliźniaków.  Za Kaczyńskimi drugi duet. Bezwzględnych i cynicznych spin doktorów - Bielana i Kamińskiego. Jeśli zresztą ktoś szuka przyczyn szczerej nienawiści Schetyny do Kamińskiego, to tu są jej źródła. Tusk zapada się pod ziemię.


Ale żądza zemsty okazuje się silniejsza. Tusk, jak Frank Underwood, wspierany przez Douga - Paweł Graś, do zagrania przez Marka Kondrata - podnosi się. Dyszy żądzą zemsty jak stara lokomotywa. Wraca do gry. No i poszło…! Minusem tych porównań jest to, że żona Tuska, pani Małgorzata,  publicznej aktywności raczej unikała. Cała drużyna Tuska, raczej haratająca w gałę niż walcząca o wpływy, też nie upodabnia byłego premiera do Francisa. No chyba, że jej dawnych bohaterów postrzegamy jako ofiary Tuska. Z żelazną bezwzględnością eliminowane, kiedy tylko zaczynały być obciążeniem. Prawdziwym albo urojonym. Słabych stron tego porównania jest więcej.


Zatem zacznijmy może z innej strony. 

Jest rok 1995. Wiem, wiem, dla młodszych prehistoria. Ale jednak niektóre podobieństwa są uderzające. 

O drugą kadencję będzie walczyła legenda Solidarności, symbol Polski w świecie, wąsate sumienie Europy, pogromca berlińskiego muru, Lech Wałęsa. Wyzwanie rzuca mu młokos o postkomunistycznej przeszłości, Aleksander Kwaśniewski. Ambitny, sprytny, rozumiejący telewizję (internetów wtedy nie było, młody człowieku, ogarniasz…?). Polska w szoku. Wałęsa w jeszcze większym. Nawet oskarżenie bliskiego kolegi Kwaśniewskiego, czyli Józefa Oleksego, o szpiegostwo, nie zdoła powstrzymać marszu młodości do pałacu prezydenckiego. 

 
Nareszcie mamy też polską Claire. Klasowa, mądra, piękna i kochana przez ludzi. Ze znakomicie skrywanymi ambicjami i jeszcze lepiej schowanym wpływem na męża. Jolanta Kwaśniewska. Jedyna żona polskiego polityka, która mogłaby wygłosić słynną kwestię Claire: „za każdym wielkim człowiekiem stoi żona z krwią na rękach”. 

Ok. Tu koniec i kropka. Koniec żartów, nie daj bóg pani prezydentowa weźmie to na serio. House of cards to jednak Ameryka, Biały Dom i CNN. A nie Polska, Belweder i… Porównania mają granice, nawet jeśli są tylko zabawą. 

 
Wracamy do serialu. Koniec czwartego sezonu to starcie starego wygi - przepraszam, prezydenta USA Franka Underwooda - z młokosem będącym uosobieniem wdzięki, młodości i siły. Oto idzie nowa Ameryka! Prawie jak Polska AD 1995. Kto wygrywa? Warto obejrzeć.


Polityka jest w tym serialu brutalna i pociągająca jednocześnie. W rzeczywistości tylko chwilami władza jest aż takim afrodyzjakiem. Ale jedno łączy i serial i realny świat. Zmiana. Wymiana. Change.


Nowe w polskiej polityce dopiero się rodzi. Ponieważ jednak wszystkie noworodki (dla wszystkich poza rodzicami) wyglądają identycznie, za cholerę nie widać, kto miałby być naszą nową siłą. Na Biedronia za wcześnie, Nowak załatwiony, Zandberg na aucie a Petru w kłopotach. Więc „nowy” dopiero się pojawi. A wtedy wszystko możliwe. Bo polityka tylko politykom wydaje się tak poważna i stabilna. Tymczasem polityka to house of cards. Domek z kart. Wystarczy moment, by się wszystko posypało.

Czytaj więcej