Czytasz: Durczok: Bajka o pewnej partii i Żelaznym Kanclerzu

Durczok: Bajka o pewnej partii i Żelaznym Kanclerzu

Bunt warszawskich i poznańskich działaczy SLD to głupota i brak wyobraźni. Dowód, że stołki i władza przysłaniają zdolność zdrowego myślenia. Podobnie będzie na Śląsku?

Dawno, dawno temu, było sobie wielka partia. Miała prezydenta, który rządził dwie kadencje. Miała premierów i ważnych ministrów, którzy wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej. Sondaże miała prawie jak PiS, więc robiła, co chciała. Nawet kiedy szef chciał, żeby gruszki rosły na wierzbie, to tak miało być. No dobra, tu chłopaki nieco przesadzili, bo gruszki i wierzby co prawda rosły, ale osobno. Aż przyszedł dzień, kiedy wszystko szlag trafił.

SLD przechodzi najtrudniejsze chwile, od czasu kiedy, kiedy jej były lider, Leszek Miller, został z partii pogoniony i walcząc o polityczne być albo nie być, musiał założyć krawat Samoobrony i startować w wyborach z Andrzejem Lepperem. Tak ukarali go działacze, choć to oni sami, ludzie z terenu, słynni SLD-owscy baronowie, pazerni na stołki cwaniacy, ostatecznie wysadzili Millera w powietrze.

Po wielu chudych latach, po tym jak PiS ukradł lewicy większość elektoratu, zdawało się, że lewica wraca do gry. Nie bardzo wiadomo, czy za sprawą żartów i bon motów pana Czarzastego, występującego ze swadą, na przemian, w żółtym i czerwonym sweterku, czy może wbrew temu. Faktem jest, że SLD złamało sondażową klątwę i wróciło do gry.

Przewrotny los dał im po łbie, kiedy już byli w ogródku i już witali się z gąską. Na Śląsku wprowadzili do sejmiku dwóch radnych i te dwie osoby były na wagę władzy. Jeszcze tylko jeden mandat z PSL, a skody, gabinety i stołki w Urzędzie Marszałkowskim miały być ich.

Wtedy jednak na drodze do szczęścia stanął pan Kałuża. Negocjowane wiele dni ustalenia szlag trafił. Władza wyśliznęła się z rąk. Nie tylko zresztą na Śląsku.

W partii zaczął się bunt. Warszawa i Poznań obwiniły za porażkę lidera, czyli Czarzastego. Grubsza awantura albo i rozłam wiszą w powietrzu.

Nie uważam Czarzastego za dobrego lidera. Zbyt długo zachwycał się swoimi żarcikami, krotochwilił z dziennikarzami na temat koloru swojego sweterka, puszczał oko do PiS i nie wykluczał, że może rządzić nawet z tymi, którzy kilka lat temu zrobili mu nalot służb na dom i chcieli wsadzić do pierdla. Ale po wyborach Czarzasty postawił sprawę jasno. Koalicji z Kaczyńskim nie będzie. I właśnie wtedy zaczął się atak.

Bunt warszawskich i poznańskich działaczy SLD to głupota i brak wyobraźni. Oraz dowód, że są w tej partii ludzie, którym stołki i władza przysłaniają zdolność zdrowego myślenia. Albowiem wejście w koalicję z PiS, to krótka droga do pożarcia resztek lewicy. Terenowi działacze uważają, że są w stanie ograć Kaczyńskiego. Otóż powiadam - do pięt Prezesowi nie dorastacie. W grach i gierkach jesteście na poziomie warcabów, podczas gdy Kaczyński gra w szachy heksagonalne. Wciągnie was nosem, a wy będziecie myśleli, że jesteście w rollercoasterze. I po roku będzie posprzątane, a partia, która miała w szeregach Kwaśniewskiego i Millera, raz na zawsze zejdzie ze sceny. Pokonana.

Ten ostatni stawia w wywiadzie dla Onet dobrą diagnozę. Mówi tak:

„Wynik jest fatalny, zwłaszcza w Warszawie. W partii rodzi się klimat niezadowolenia, a to osłabia kierownictwo SLD. Myślę, że Sojusz będzie próbował nawiązać jakiś kontakt z Partią Razem, ale to jest za mało” - mówi Miller.

I ma racje. Tylko droga do tego nie wiedzie przez wywalenie Czarzastego. To może się skończyć tylko jednym - wojną domową i końcem partii. Także dlatego, że miejsce dla lewicy się kurczy. Elektorat socjalny przejął PiS, a kwestie Kościoła i aborcji to za mało, żeby zdobyć szerokie poparcie. Zresztą o skrajnie liberalny elektorat walczą Biedroń, Nowoczesna i partia Razem. Tłok straszny, a klientów mało.

Szansa na przetrwanie jest tylko w jednym. W szerokiej kolacji anty-PiS. Miller znowu ma rację, zapytany o koalicję z PO lub Koalicją Obywatelską, tworzoną przez Platformę i Nowoczesną.

— Najlepiej, gdyby taka szeroka lista mogła uzyskać patronat najbardziej znanego polaka na arenie międzynarodowej, czyli Donalda Tuska - mówi Żelazny Kanclerz.

To jednak coś, co musi wreszcie uznać sam Włodzimierz Czarzasty. Czas puszczania oka na wszystkie strony się skończył. Trzeba jasno zadeklarować: budujemy wielki blok. Wspólnie ze wszystkimi, którzy PiS uznają za partię zła i dyktatury. Jeśli Czarzasty nie pojmie tej prostej prawdy, skończy jak Miller w 2005. Wyleci z partii i pożegna się z polityką. Co zresztą może być podwójnie bolesne, bo nikt za nim płakał nie będzie.

A tak na koniec, to największe powody, by się wściekać na marszałka Kałużę (cholera, jak to dumnie brzmi, prawda, Panie Wojciechu? Wreszcie jakaś rekompensata za ten tydzień czołgania i upokorzeń…), ma właśnie SLD. Wynegocjowane stanowiska, władza po chudych latach, wielki powrót, a tu jeden facet na dwie godziny przed imprezą zabiera im te zabawki i mówi: wała. Można się załamać.

Działacze ze Śląska, przed podjęciem pochopnych decyzji, powinni jednak sięgnąć do historii własnej partii. Wszystko mija, panowie. Dotyczy to zarówno was, jak i PiS.