Czytasz: Durczok: Baczność! Jego Wysokość Automobil!

Durczok: Baczność! Jego Wysokość Automobil!

Fantastyczne, cztero albo ośmiocylindrówki na beskidzkich szlakach to przykład, że solidność jest na wieki. Nie na lata.

Mają styl, szyk i wdzięk. Mają szarm, urodę i klasę. Ale przede wszystkim mają duszę. Coś, czego nie da się tchnąć w żaden pojazd, naszpikowany elektronika jak współczesne F-16. Coś, co powoduje, że ludzie na ich widok natychmiast się uśmiechają.

Klasyka. Na beskidzkich szlakach od środy widywane były motoryzacyjne cacka, których wartość niejednokrotnie była liczona od miliona złotych w górę. Dla właścicieli jednak ta kwota pozostaje kompletnie nieistotna. Nie sprzedaliby ich nawet arabskiemu szejkowi, oferującemu za Forda A z lat 30-tych czy Mercedesa z 1959 roku kilka milionów dolarów. To auta niesprzedawalne. Bo właściciele traktują je jak własne dzieci.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, co w nich takiego pięknego. Pewne jest to, że skoro jeździły 30, 40 czy 70 lat temu, będą jeździć za lat tyle samo. Są dowodem inżynierskiego geniuszu ludzi, których możliwości technologiczne stanowiły ułamek tego, co dzieje się we współczesnych fabrykach. Nafaszerowane komputerami, pompowane bajtami, wyżyłowane do granic dzisiejsze cacka na 4 kółkach, to wobec nich smarkacze. Nie będzie ich za 30 lat, bo wymęczona dwulitrowa jednostka z trzema turbinami, musi skończyć na śmietniku. Wyeksploatowana do granic.

Te fantastyczne, cztero albo ośmiocylindrówki to przykład, że solidność jest na wieki. Nie na lata.

Wystarczyło posłuchać wydechu przepięknego, blisko 70-letniego Astona Martina, by wiedzieć, że głęboki, dudniący bas 12 cylindrów współczesnego auta Jamesa Bonda, nie wziął się znikąd. Że jest wytworem wielu pokoleń inżynierów z Gaydon na Wyspach Brytyjskich. Że jest dziedzictwem ich myśli technicznej.

Staruszkom z beskidzkich szos należy się głęboki ukłon.

Czytaj więcej