Czytasz: Durczok: 50 kilometrów? Bolało. Ale warto było.

Durczok: 50 kilometrów? Bolało. Ale warto było.

Ostatnie 200 metrów to była walka z górą, kamieniami i własną słabością. Polecam każdemu. Po czymś takim wiemy o sobie znacznie więcej.

Przez kilka godzin zdążyłem przekląć własną głupotę kilkadziesiąt razy. Żałować każdego kilometra, podczas którego nie czułem nic, poza bólem. I nie było w nim niczego metafizycznego, wzniosłego, uszlachetniającego. Po prostu bolało jak cholera. Wszystko. Mięśnie, stawy, brzuch, pęczniejący z każdym krokiem odcisk pod dużym palcem. Od pewnego momentu wiedziałem już na pewno, że moje łydki i uda nie składają się wcale z mięsa, tylko są zrobione z drewna. Miałem jeszcze kilka innych przemyśleń, ale dotyczyły raczej kondycji psychicznej. Kiedy zobaczyłem, co komandosi z Lublińca wymyślili na koniec, kiedy okazało się, że ostatnie 200 metrów to nie tryumfalny bieg po łące do mety, tylko ostra ściana ze skałami na końcu, wiedziałem już, że na mecie ich zabiję. I chyba tylko żądza zemsty pognała mnie na górę. Finiszu już nie pamiętam. Tylko szum w uszach i przebijający się przez niego doping oraz okrzyki radości. 

Dotarło do mnie po godzinie. Marzenie się spełniło. Na własnych nogach, przez 50 kilometrów biegłem, maszerowałem, grzązłem w piachu, szturmowałem wzniesienia, wywracałem się, zbiegałem, walczyłem z kamienistym gruntem dzikich szlaków Jury. Wbiegłem na metę minutę przed zamknięciem. 56 sekund przed regulaminowym czasem. Byłem przekonany, że nie zdążę. Ale się udało. Byłem 4-ty, może 6-ty na 70 startujących. Licząc od końca oczywiście. Zwycięzca zameldował się na mecie prawie 3 godziny przede mną. Ledwo się udało. Ale się udało! I jestem z siebie bardzo, bardzo dumny. Byłem przekonany, że 30 kilometrów to kres moich możliwości. Kiedy minąłem 32 kilometr, wiedziałem już, że skończę bieg, choćbym miał się czołgać. Pokarało mnie za tę pychę na 45 kilometrze, bo tam zdecydowałem się paść w rowie i do końca życia się z niego nie ruszyć. Na trasę przywróciło mnie, rzucone przez Miłosza, krótkie, pełne czułości i zrozumienia: kur..a ruszaj! 

Polecam. Każdemu. 50, 100, 5 albo 2 kilometry. Nieważne. Polecam każdemu zmierzenie się z samym sobą. Z bólem, słabością, siłą, wolą, rezygnacją. Po takim przeżyciu wiemy o sobie więcej. Warto. 

Zobacz wideo z drona:

Każdy przeżywa to inaczej. Dla kogoś, kto biega 4 maratony rocznie, Silesion Extreme Run był pewnie jednym z wielu biegów. Dla mnie był biegiem życia. I już wiem, że nie ostatnim. Zamknąłem ważny etap. Zacząłem nowy. To była moja pierwsza 50-tka. Tak sobie kiedyś wymyśliłem, że na 50 urodziny przebiegnę 50 kilometrów. Stąd na instagramie pojawił się hasztag #50na50. Jedni jadą dookoła świata, inni robią balangę życia, jeszcze inni zmieniają religię, a mnie wyszło we łbie, że 50 kilometrów będzie w sam raz. W komentarzach pojawili się oczywiście Janusze, kategorycznie i z wyższością prawiący o żałosnej ucieczce od starości, kryzysie wieku średniego i niestosownych wygłupach. W końcu polska 50-tka kojarzy się bardziej z kieliszkiem niż z wysiłkiem. Większość zareagowała jednak z życzliwym zainteresowaniem, pomieszanym z naturalną ciekawością, kiedy wyląduję w szpitalu albo kiedy mi przejdzie. A mnie się udało. 

Dziękuję. Wszystkim: uczestnikom, towarzyszkom i towarzyszom na trasie (w końcu biegliśmy 1 maja), mojej nieocenionej grupie wsparcia z AWF Katowice, Rektorowi Adamowi Zającowi i chłopakom - Miłoszowi, Marcinowi, Michałowi. Profesowi Krzysztofowi Fickowi i dziewczynom z Galen Ortopedia dziękuję za opiekę, pomoc i błogosławieństwo przed startem. Specjalne podziękowania dla Fitnezja Catering. Przez pół roku karmiliście mnie tym, co powinienem w siebie wrzucać. Jesteście oczywistym dowodem, że jedzenie w pudełkach wcale nie jest monotonne i niesmaczne. Było świetne i na czas. Wielkie podziękowania dla Jarosława Laseckiego i Zamku Bobolice. To miejsce szczególne, korona królów w koronie Jury. Dziękuję komandosom z Lublińca, Zbyszkowi Rosińskiemu i całej grupie, za przygotowanie i wytyczenie trasy. Była arcytrudna, choć jak uroczo stwierdziliście - mogła być trudniejsza. Kiedyś się na was zemszczę. Dziękuję Pani Wójt Niegowej, Dorocie Hajto Mazur za gościnę i pomoc, dziękuję oczywiście także zabezpieczającym trasę i czekającym z zimną wodą strażakom z okolicznych jednostek (szacun Panowie).

Dziękujemy Urzędowi Marszałkowskiemu za wsparcie organizacyjne i logistyczne. Cieszę się, że tyle osób poznało jeden z najbardziej urokliwych zakątków województwa śląskiego. Śląskie to naprawdę pozytywna energia. 

No i dziękuję tym, którzy we mnie wierzyli. Tym, którzy nie - też. Ale tym pierwszym znacznie bardziej. Do zobaczenia na trasie Silesion Extreme Run. Za rok na pewno. A może wcześniej…?

Czytaj więcej