Czytasz: Czy leci z nami prokurator, czyli kto przesłucha Kaczyńskiego

Czy leci z nami prokurator, czyli kto przesłucha Kaczyńskiego

Legiony Kaczyńskiego doskonale wiedzą, że jeśli okaże się on równy wobec prawa, przesłuchany i, nie daj Bóg, oskarżony, to za chwilę taki sam los może czekać ich - wiernych janczarów Jarosława.

Kłopot nie tylko w tym, że jeden człowiek zaprzęga prawo i prokuraturę do swoich politycznych, dyktatorskich czy biznesowych rojeń. I nie tylko w tym, że używa gorliwej prokuratorki do ataku na swych oponentów. Sedno dramatu leży jeszcze gdzie indziej.

To człowiek, który stawia się ponad prawem. A tłum wasali dyszy z oburzenia, że ktokolwiek śmie podawać w wątpliwość kryształową uczciwość Prezesa.

Tak, Jarosław Kaczyński nie jest dziś obywatelem równym, jak my wszyscy, wobec prawa. Jarosław Kaczyński jest równiejszy.

Na naszych oczach rozgrywa się tragifarsa. Człowiek oskarżający Kaczyńskiego jest karany grzywną, bo nie stawił się przed obliczem gorliwej prokuratury, choć usprawiedliwiali go adwokaci. Ta sama prokuratura od tygodni wykonuje chocholi taniec, by chronić Kaczyńskiego, już nie tylko przed ewentualną odpowiedzialnością, ale nawet przed prostym przesłuchaniem. I ta sama prokuratura zajmuje się ochroną Kaczyńskiego bo uważa on całą aferę za atak i zagrożenie „interesu publicznego”. Zatem śledztwo - zdaniem Prezesa - ma się toczyć z oskarżenia publicznego. Państwo to ja - zdaje się mówić szef PiS.

Od początku „afery Srebrna” i „taśm Kaczyńskiego” mamy do czynienia z nowym rozdziałem w budowaniu polskiej wersji nowoczesnej dyktatury. Dotąd lider uważał, że wystarczy instytucje obsadzić swoimi ludźmi, a oni już zadbają, by „swoim” nie stała się krzywda. Prezes najwyraźniej nie przewidział, że pierwszy poważny test swojego modelu państwa przyjdzie mu wykonać na… sobie samym. Oto bowiem mamy austriackiego biznesmena, który po fiasku negocjacji z Kaczyńskim zaczyna szukać oparcia w instytucjach państwa. Idzie do prokuratury i składa zawiadomienie. Niezależnym mediom opowiada swoją historię, na dowód prezentując nagrania. Dokłada do tego dokumenty, umowy, upoważnienia i faktury.

Nie wnikając absolutnie w istotę tego sporu (nikt z nas, poza zainteresowanymi nie wie, jaka jest w tej sprawie prawda, czy Kaczyński oszukał Birgfellnera czy nie), naturalnym jest, że powinny go dokładnie wyjaśnić stosowne instytucje. Z opowieści strony skarżącej wyłania się bowiem obraz, który każe sądzić, że niezbędne jest wyjaśnienie co najmniej kilku kwestii. Między innymi tak poważnej jak to, czy Kaczyński namawiał do wręczenia łapówki. Oraz tej, czy nie kłamał w swoim oświadczeniu majątkowym. Być może tak, być może nie.

Ale po to właśnie jest prokuratura, CBA i inne służby. Powinny albo oczyścić człowieka faktycznie rządzącego Polską z fałszywych oskarżeń, albo zamknąć w areszcie i postawić przed sądem. Tymczasem od tygodni mamy festiwal dziwnych ruchów, które w swej konsekwencji prowadzą do jednego - destrukcyjnego niszczenia zaufania do państwa, jego organów i instytucji. CBA natychmiast ogłasza, że nie ma sprawy. Jakby chciała zapewnić najważniejszego człowieka w państwie, że czuwa i murem stoi za nim. Podobnie prokuratura.

Tylko idiota uwierzy, że szef PiS spotyka się z prokuratorem generalnym, żeby pogadać o ustawie antylichwiarskiej. W samym sercu państwa, partii i rządu, grunt pali się jak jasna cholera. Codziennie widzimy, jak ten pożar gasi już cały legion strażaków. W te role wcielają się szefowie służb, prokuratorzy, ministrowie, urzędnicy, rzecznicy partii, posłowie i senatorowie. Dlaczego? Bo doskonale wiedzą, że jeśli Jarosław Kaczyński okaże się równy wobec prawa, przesłuchany i być może oskarżony, to za chwilę taki sam los może czekać ich - wiernych janczarów Jarosława.

Szturm zatem trwa. Atakowana jest Wyborcza, która całą aferę opisała. Atakowani są adwokaci austriackiego biznesmena, atakowana wściekle jest opozycja, która domaga się, ni mniej ni więcej, by państwo zareagowało na to wszystko normalnie. Czyli według prawa.

Odporowi towarzyszy propagandowy jazgot wielkiej machiny kłamstwa i fake newsów, wylewający się z pisowskiej telewizji, posłusznych Kaczyńskiemu gazet oraz z portali siejących nienawiść i podział. Szczujnia jest tak rozpędzona, że nie widzi oczywistej głupoty i podłości, jaką sączy ludziom do głów. Ludzie uważający się za dziennikarzy, a w istocie nie mający z dziennikarstwem nic wspólnego, gotowi są służyć Wodzowi dzień i noc, unikać kłopotliwych pytań i rzucać się na każdego, kto wątpi w Srebrny Kryształ z Nowogrodzkiej. Kiedyś będą się o nich uczyć adepci dziennikarstwa, jako o bezprzykładnym zhańbieniu tego zawodu, symbolu oportunizmu i kłamstwa. Straszne jest to, że do tego czasu zdążą jeszcze złamać życie wielu porządnym ludziom. I urządzić im piekło upokorzenia, oplucia i nagonki.

Prokuratura, zamiast zwyczajnie wezwać Pierwszego Obywatela RP na przesłuchanie, wije się i kluczy, byle tylko Prezesowi nie wysłać wezwania. Niesamowite, że można być tak krótkowzrocznym. Naginanie, a może i łamanie prawa, prędzej czy później doczeka się kary. Potwornie smutne, że ktoś mający tak wielką władzę jak prokurator, nie boi się nieuniknionej zamiany ról. Że nie działają odstraszająco takie przykłady jak sprawa Tomasza Komendy, gdzie dziś przesłuchiwani są prokuratorzy, którym wówczas zabrakło refleksji. Że na tym przykładzie wciąż dostatecznie jasno nie widać, jak gorliwość i chęć przypodobania się szefom albo ich politycznym mocodawcom, skończyć się może na ławie oskarżonych.

Zamiast tego stosowana jest stara zasada przykrywki. Do aresztu idą i obcy i swoi. Żeby było (o ironio…) „sprawiedliwie”, wsadza się Misiewicza i Kamińskiego z jednej, a byłych szefów Orlenu i PKP Cargo z drugiej. Wszystko ma oczywiście jeden cel - zagłuszyć alb stępić wrzawę, jaka podnosi się po oskarżeniach wobec Kaczyńskiego.

Wydaje się jednak, że przykrywki przestały działać. Ludzie widzą, że to jakaś marna gra. I jeśli cokolwiek z niej wynika, to jeszcze jeden, głęboki podział. Tym razem na „ich aferzystów” i „naszych błądzących”, ich przekręty i nasze potknięcia. Zresztą najpewniej o to też chodzi Prezesowi, by po ewentualnej zmianie władzy, każdy wsadzony za kraty działacz PiS był „więźniem politycznym” i ofiarą dyszącej żądzą zemsty opozycji.

Ta gra ma jeszcze jeden ukryty cel. Najwyraźniej Prezesowi chodzi o takie zmęczenie wyborców, by jesienią do urn poszli tylko najwierniejsi. Dlatego podnosi się wrzawa, dlatego padają coraz podlejsze kłamstwa. Centrowy, umiarkowany elektorat ma zostać tak zmęczony, tak zniesmaczony, by jesienią uznał, że wszyscy są siebie warci i został w domu. Zohydzenie polityki ma przyciągnąć do urn tylko twardy elektorat. A swój pisowski lud, jak wiadomo, Kaczyński ma na skinienie ręki. Po to właśnie budował swój kościół, swoją sektę smoleńską, by teraz go popierali, nawet kiedy ogłosi, że ziemia jest płaska.

 Na razie kupuje elektorat. Bez względu na koszty, szasta naszymi pieniędzmi na prawo i lewo. Na konwencji PiS, obiecuje 500 złotych już na pierwsze dziecko, licytuje się z Biedroniem na pieniądze dla emerytów. Obiecuje niższe podatki, choć nie wywiązał się z własnych obietnic podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Te prezenty to oczywiście bzdura, za wszystkie zapłacimy zadłużając się na potęgę. Ale to dla Kaczyńskiego nie ma żadnego znaczenia. Bo nie istnieje dla niego pojęcie odpowiedzialności za przyszłe pokolenia. Pod tym względem jest pilnym uczniem Edwarda Gierka. Liczy się władza, jeszcze jedna kadencja bezkarności, kneblowania mediów i zamykania opozycji. Pytanie, czy ta opozycja znajdzie sposób, by kupiony socjalnymi obietnicami elektorat przekonać do siebie. Na razie są cukierki, konfetti i zachwycony lider, który nie musi się już tłumaczyć z kłopotów tylko jawi jako święty MIkołaj, Wielki Brat, dziś rozdający prezenty, jutro szpiegujący, zaglądający nam do mieszkania, sypialni, na konto i w komputer.

Tyle że ten plan może się Prezesowi nie udać. Bo coraz wyraźniej widać, że ludzie zamiast popadać w apatię, są coraz bardziej wkurzeni. Pierwszy wiatr powiał z dużych miast w czasie wyborów samorządowych, w których PiS poległ jesienią. Ten wiatr wieje dalej. I skończy się wysoką frekwencją, dokładnie tak jak w 2007, kiedy to duże miasta zmiotły Kaczyńskiego, a za nim duet jego egzotycznych koalicjantów.

Afera z taśmami Kaczyńskiego skończy się dla PiS-u fatalnie. I to niezależnie od tego, czy zostanie sfinalizowana oskarżeniami, czy sprawie zostanie ukręcony łeb. Ludzie widzą, że coś tu jest nie tak. Że na wierzch wychodzi mataczenie, kombinacje i ręczne sterowanie. Wbrew temu, co się niektórym wydaje, „ciemny lud” nie wszystko kupi. A jeśli suweren ma jeszcze wątpliwości, to powinien się ich szybko pozbyć.

Obywatelu! Jeśli nie widzisz i nie grzmisz, nie oczekuj, że kiedy przyjdą po Ciebie, ktokolwiek za Tobą stanie. Zwłaszcza, jeśli oskarży Cię członek PiS-u. I nie mów, że akurat po Ciebie nie przyjdą. Raczej pomyśl, komu się naraziłeś. I czekaj.