Czytasz: Bielecki: Braterstwo liny czy walka o własne życie?

Bielecki: Braterstwo liny czy walka o własne życie?

"Lina to symbol łączności między alpinistami. Bywa, że zostaje zerwana, kiedy góra zabiera nam kolegów".

Październik 2012 roku. W Alpach Szwajcarskich ginie rybniczanin, Krystian Dziurok. Z Adamem Bieleckim rusza na szczyt Piz Bernina, z którego nigdy nie wraca. Kiedy pogoda nagle się załamuje, zaczyna wiać huraganowy wiatr i obrywa półkę śnieżną, Bielecki uznaje, że Dziurok spadł w przepaść. Rusza więc dalej sam. Środowisko nie może tego wybaczyć Bieleckiemu. Zarzuca się mu, że stracił kontakt wzrokowy z rybniczaninem i nie był spięty liną z partnerem. Bielecki jednak dopiero za kilka miesięcy usłyszy najpoważniejszy zarzut w historii swojej alpinistycznej kariery.

Co mówi polski Kmicic spod Nanga Parbat? Posłuchaj Bieleckiego [VIDEO]

„Nieetyczne” – tak Komisja Polskiego Związku Alpinizmu oceniła zachowanie Adama Bieleckiego, który zostawia przy zejściu z Broad Peaku swoich kolegów, Macieja Berbekę i Tomasza Kowalskiego.

Gdzie kończy się wina a zaczynają wyrzuty sumienia?

Czy istnieje „braterstwo liny”? Co w górach jest najważniejsze: przetrwać czy ratować kolegów?

Leszek Cichy, alpinista, w rozmowie z TokFm, o pozostawianiu w górach partnerów powiedział, że „dla ludzi z nizin abstrakcyjna jest tragedia takiego wyboru”. I dodał:

- To są sytuacje, które himalaistom śnią się jako złe sny. Myślę, że każdy z nas marzy by nigdy nie znaleźć się w takiej sytuacji. No bo cóż... pozostaje we własnym sumieniu i rozeznaniu ocenić, że nie jestem w żaden sposób pomóc partnerowi i decyzja,  czy zostaję z nim i umieramy razem, czy próbuje schodzić i ratować własne życie.

Piotr Pustelnik, przewodniczący komisji badającej wydarzenia na Broad Peaku w rozmowie z Przeglądem Sportowym przyznał, że nie ma mowy o winie. - My po prostu opublikowaliśmy raport, w którym wskazujemy na błędy. Sprawa jest prosta – zespół to zespół i tak powinien działać. Jeśli ktoś wyrywa się niczym kolarz z peletonu, żeby zaliczyć górską premię, to jest to po prostu nieetyczne. Tym bardziej, że mówimy o ekstremalnych warunkach.

Za to Krzysztof Wielicki w rozmowie z RMF FM powiedział: - Ocena moralna niepotrzebnie się znalazła w tym raporcie, bo to nie są sprawy czarno-białe. Tu trzeba się bardzo dobrze zagłębić w temat. Nikt z tej komisji nigdy na 8 tysiącach zimą nie był, nie wspinał się, być może to też zmieniłoby trochę ich spojrzenie na ten wypadek.”

Podobne zdanie miał Kurt Diemberger, austriacki alpinista, w rozmowie z portalem Sport.pl:

- Normy etyczne oczywiście istnieją, ale nigdy nie mamy pełnego wglądu w sytuację. Zwłaszcza, kiedy dotyczy to zdarzeń na dużych wysokościach. Łatwo jest nauczać etyki z poziomu doliny. Tak długo, jak nie znalazłeś się w określonej sytuacji z określonymi osobami, nie możesz osądzać. Nie jesteśmy w stanie zliczyć, ile razy oceniano himalaistów z poziomu dolin, ale wśród tych ocen było mnóstwo złych sądów.

Sam Bielecki powiedział w rozmowie z Newsweekiem: - Byliśmy powiązani nie tylko linami podczas wspinaczki. Ta lina to także symbol łączności między nami, alpinistami. Bywa, że zostaje zerwana, kiedy góra zabiera nam kolegów.

Uratował Francuzkę i "wychodzi z cienia"

O Adamie Bieleckim mówi się dziś jak o bohaterze. Nic dziwnego. W ostatnich dniach wszyscy żyli akcją ratunkową, jaką Polacy zorganizowali dla himalaistów, którzy utknęli pod Nanga Parbat. Porzucili plany i marzenia o dokonaniu niemożliwego, czyli pierwszego w historii zimowego wejścia na K2, wsiedli w śmigłowiec, który zawiózł ich pod inny ośmiotysięcznik. Tomka Mackiewicza nie udało się uratować. Za to Elisabeth Revol żyje dzięki Adamowi Bieleckiemu i Denisowi Urubko, wspieranych przez Piotra Tomalę oraz Jarosława Botora.

Środowisko alpinistyczne spektakularną akcję ratunkową ocenia jako wzorcową, podkreślając przede wszystkim niebywałe tempo działań Polaków. O ich odwadze i perfekcyjnie przeprowadzonej akcji rozpisały się światowe media. Minister sportu i turystyki, Witold Bańka chce wystąpić do Prezydenta RP o nadanie im specjalnych odznaczeń państwowych.

W nazywaniu Adama Bieleckiego bohaterem nie ma więc cienia przesady. Dlaczego jednak zaraz po „bohaterze” pojawiają się słowa „odkupienie win”? O Bieleckim mówi się, że „wychodzi z cienia”, a o jego zachowaniu „moralna katastrofa”. Pojawiają się też opinie, że „Adam się zrehabilitował”. Czym sobie zasłużył na przydomek „wyklętego”?

Wspaniała kariera i cień po tragedii na Broad Peak

34-letni tyszanin, absolwent psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, wspina się od 1996 roku. Przygodę z górami rozpoczął w wieku 13 lat. Od tego czasu, ponad sto razy wspinał się w Tatrach i Alpach, zimą i latem. Podróżował też w góry Azji, Afryki i obu Ameryk. Kiedy miał 17 lat zdobył samotnie i w stylu alpejskim siedmiotysięcznik Chan Tengri. Zrobił to jako najmłodszy na świecie. Siedem lat temu rozpoczęła się jego przygoda z ośmiotysięcznikami. Bielecki ma na swoim koncie Makalu. Na ten piąty szczyt świata wszedł bez tlenu. Z Januszem Gołąbem zdobył niezdobyty wcześniej zimą Gaszerbrum I. Portal Explorersweb uznał to osiągnięcie za najważniejsze na świecie wydarzenie w dziedzinie eksploracji w 2012 roku.

A potem nadszedł feralny rok 2013 i tragedia na Broad Peak, która położyła cień na dotychczasowych osiągnięciach Bieleckiego. 5 marca 2013 roku czwórka wspinaczy: Adam Bielecki, Artur Małek, Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka, stają się pierwszymi w historii zimowymi zdobywcami ośmiotysięcznika Broad Peak. Berbeka i Kowalski zaginęli w czasie zejścia, a powołana Komisja Polskiego Związku Alpinizmu wydała wyrok na Bieleckiego i Małka. Nieetyczne, zdaniem komisji, miało być nadanie własnego, zbyt szybkiego dla słabnących kolegów tempa i zostawienie kolegów bez kontaktu wzrokowego. Środowisko wspinaczy podzieliło się, a sama opinia wzbudziła wiele kontrowersji. Sam Bielecki mówił potem, że nie mógł pomóc, a oceny nie były oparte o realia wyprawy.

Historia pamięta podobne przypadki, zerwane liny i partnerów pozostawionych w górach na zawsze

Anna Czerwińska jako druga Polka zdobyła Mount Everest. Także jako druga w Polsce, po Leszku Cichym, skompletowała Koronę Ziemi. Ośmiotysięczników zdobyła siedem. W rozmowie z Gazetą Wyborczą powiedziała, że „partnera nie zostawia się, nawet jeśli jest bryłą lodu. Przydałoby się, by z młodymi ktoś porozmawiał o etyce. I o pokorze”. O Bieleckim po Broad Peaku powiedziała, że „chwilę mógł poświęcić swoim kolegom”. Choć sama dobrze pamięta, co zdarzyło się w 1985 roku na Nanga Parbat. Zostawiła wtedy Wandę Rutkiewicz, która czuła się gorzej. Potem miała mówić, że „zachowała się źle, ale wyciągnęła z tego wnioski”.

W październiku 1989 roku Jerzy Kukuczka ruszył południową ścianą na szczyt Lhotse. Nie wiedział, z kim atakować ten ośmiotysięcznik. Zaprosił Ryszarda Pawłowskiego. Mogli zginąć obaj, zginął jeden z nich. Lina odpadającego od ściany Kukuczki urwała się dwa metry nad Pawłowskim. Gdyby nie to, w przepaść spadliby obaj. Niektórzy mówili, że Pawłowski sam odciął linę, żeby ratować siebie. Mówiło się też o nim, że przynosi nieszczęście w górach.

Elisabeth Revol, jak uważają niektórzy, zostawiła w górach swojego partnera. Taka sytuacja miała jej się przydarzyć dwukrotnie. Cały świat żył ostatnio wieściami spod Nanga Parbat. To tam, po zdobyciu szczytu przez Revol i Tomasza Mackiewicza, partnerzy rozdzielili się. Polak został pod szczytem z chorobą wysokościową, ślepotą śnieżną i odmrożeniami. Francuzka zeszła niżej, gdzie zdołała podejść ekipa ratunkowa. Kilka lat wcześniej podobna sytuacja przydarzyła się Revol pod szczytem Annapurny. Martin Minarik, z którym wspinała się na ten ośmiotysięcznik, wyczerpany i bez sił, został w Himalajach na zawsze.

Zdjęcie: Pixabay CC0

Czytaj więcej