Czytasz: Amerykański sen Andrzeja Dudy

Amerykański sen Andrzeja Dudy

Tryumfalizm po wizycie w Białym Domu jest skrajną naiwnością. PiS wykorzysta go oczywiście w wyborach samorządowych, choć z  naszym samorządem amerykanie mają tyle wspólnego, co Kaczyński z demokracją.

Andrzej Duda był tak zadowolony z możliwości fotografowania się z Prezydentem USA, że aż kraśniał i pęczniał z dumy. Już widział tryumf po powrocie do Polski. Będzie można powiedzieć totalnej opozycji prosto w oczy: tak się kończy wasze ględzenie o izolowaniu Polski za granicą. Tylko że w gruncie rzeczy, kompletnie nie ma się z czego cieszyć. 

Trump jest w nielichych opałach. W USA mają go serdecznie dość. Jego wyskoki, afery, konszachty z Rosjanami i - żeby użyć tytułu słynnej książki - ogień i furia w Białym Domu, stawiają go na krótkiej prostej do procedury usunięcia z urzędu. Oczywiście, póki siedzi w Biały Domu, trzeba z nim rozmawiać i się targować. Oczywiście o tym ostatnim nie mamy pojęcia. Ale w tym sensie deal z obecnością amerykańskich wojsk, nawet jeśli kosztowny, wart jest dobicia. Ale w dłuższej perspektywie, wszystkie jego obietnice są funta kłaków warte. Po wyborach uzupełniających, za oceanem będą się zajmować czymś całkiem innym. Impeachment wisi w powietrzu.

Tryumfalizm po tej wizycie jest co najmniej naiwnością. PiS wykorzysta ją oczywiście w wyborach samorządowych, bo choć  z samorządem amerykanie mają tyle wspólnego, co Kaczyński z demokracją, obrazki z Białego Domu wciąż robią nad Wisłą duże wrażenie. Jednak opieranie tryumfu i poczucia siły na rzuconym przez Trumpa „warto rozmawiać”, świadczy o całkowitym braku pomysłu na politykę zagraniczną. Nasi sojusznicy są tu, nie za oceanem. A my mamy z nimi najgorsze od lat relacje. W Brukseli nie jesteśmy skłóceni chyba tylko z portierem w budynku Komisji Europejskiej. Obrażamy się na Niemców jak Dyzio na panią z polskiego. Wyrzucają nas z kolejnych salonów, a my prychamy i mówimy: na cholerę nam takie towarzystwo. Nikt nas od dawna nie traktuje serio. Bo jak traktować serio małych rycerzyków z Warszawy, którzy co jakiś czas przyjeżdżają, kłamią, machają szabelką i mówią, że się nam coś należy. Głupota goni niekompetencję. A wpadka wpadkę. 

W tej sytuacji, usłyszany wczoraj postulat, żebyśmy pełnili rolę pomostu między Waszyngtonem a Brukselą, jest tak od czapy, że nawet go komentować nie warto. Jesteśmy w Europie sami. Samiusieńcy, jak palec. Lekceważeni, osamotnieni, bez jakiejkolwiek realnej siły. A często pogardzani. Budowa szklanych domów za oceanem tego nie zmieni. Bez względu na to, jak wielkie szczęście będzie się malowało na twarzy Pana Prezydenta. I to jest niestety prawdziwy bilans tej wizyty. Bo po lądowaniu w Warszawie, trzeba się zwrócić ku bliższym stolicom niż Waszyngton. A tam dla nas okna zamknięte na głucho.