Relacja

500 km pieszo po górach. Zdobyli Główny Szlak Beskidzki!

Troje miłośników gór ze Śląska zostanie wyróżnionych diamentowym stopniem Górskiej Odznaki Turystycznej PTTK.

Ponad 500 kilometrów pieszej wędrówki w 19 dni przez 6 pasm górskich - to nie lada wyzwanie. Podjęło je jednak troje miłośników gór ze Śląska. Iwona, Mieszko i Dawid za zdobycie Głównego Szlaku Beskidzkiego zostaną wyróżnieni diamentowym stopniem Górskiej Odznaki Turystycznej PTTK.

Główny Szlak Beskidzki - najdłuższy w polskich górach - liczy około 500 kilometrów i biegnie między Ustroniem w Beskidzie Śląskim, a Wołosatym w Bieszczadach. Można go przejść, zaczynając wędrówkę z jednej lub z drugiej strony. Za przejście całego w czasie nie dłuższym, niż 21 dni, przyznawany jest diamentowy stopień Górskiej Odznaki Turystycznej. O to najwyższe wyróżnienie postanowili powalczyć Iwona Makarska, Mieszko Szpaczyński i Dawid Balcer - troje śmiałków, pasjonatów górskich wędrówek.

- Pomysł wyprawy narodził się już kilka lat temu, ale nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby go zrealizować. W końcu się udało! Już od wielu lat chodzimy po górach, bo uwielbiamy aktywność, kontakt z naturą i podziwianie pięknych, górskich krajobrazów. Po raz pierwszy jednak zdecydowaliśmy się na tak intensywną i daleką wędrówkę - relacjonuje Mieszko - mieszkaniec Piekar Śląskich.

Jak biegnie szlak?

Znakowany czerwonym kolorem szlak przebiega przez Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski oraz Bieszczady. Biegnąc najwyższymi partiami polskich Beskidów umożliwia dotarcie na: Stożek, Baranią Górę, Babią Górę, Policę, Turbacz, Lubań, Przehybę, Radziejową, Jaworzynę Krynicką, Rotundę, Cergową, Chryszczatą, Smerek i Halicz, a także do miejscowości, takich jak m.in.: Ustroń, Węgierska Górka, Jordanów, Rabka-Zdrój, Krościenko nad Dunajcem, Rytro, Krynica-Zdrój, Iwonicz-Zdrój, Rymanów-Zdrój, Komańcza, Cisna, Ustrzyki Górne.

Każde pasmo górskie jest inne, jednak największe wrażenie na wędrowcach zrobiły Bieszczady. Jak twierdzą - wschody i zachody słońca oraz rozgwieżdżone niebo nocą na połoninach to coś niezwykłego i niezapomnianego. Bieszczady zachwycają swym bogactwem przyrodniczym i krajobrazowym.

Iwona, Mieszko i Dawid marsz rozpoczęli 29 lipca w Ustroniu. Do Wołosatego doszli 16 sierpnia. Codziennie pokonywali od 27 do 30 kilometrów, zdarzały się też odcinki 35 - kilometrowe. Co było największym wyzwaniem na trasie?

Upały i...odciski

- Przez większość dni było bardzo upalnie (powyżej 30 st. C), co przy wspinaniu się na szczyty górskie z ważącym ponad 30 kg plecakiem, sprawiało trudność. Trzeba było wtedy stale uzupełniać zapasy wody i soków, bo szybko schodziły i robić częste przerwy - to opóźniało wędrowanie - wspomina Iwona, także mieszkanka Piekar Śląskich.

- Uciążliwe były także odciski na stopach, które pojawiły się już drugiego dnia wyprawy. Mieliśmy plastry, bandaże, maść, więc codziennie po przebytym odcinku zmienialiśmy opatrunki i kolejnego dnia szliśmy dalej - dodaje.

Ze sobą każdy z wędrowców zabrał zaledwie kilka koszulek, krótkie spodenki, długie, ciepłą bluzę, kurtkę przeciwdeszczową, trochę jedzenia, wodę, niezbędne akcesoria i apteczkę. Do plecaka przypięty był śpiwór i karimata. Mieli też ze sobą namiot. Jedzenie uzupełniali w miejscowościach do których schodzili, czasem jedli też w schroniskach. Nocowali w różnych miejscach. Były to pola namiotowe, schroniska, a nawet…ogródek u jednej przemiłej gospodyni.

- Spotykaliśmy na szlaku mnóstwo cudownych osób, z którymi wymienialiśmy się doświadczeniami z górskich wędrówek. Niektórzy nas mocno wspierali i to nie tylko dobrym słowem, ale też gestem. Szczególne podziękowania kierujemy do Piotra Halucha - wskazał nam kierunek dalszej drogi pewnego wieczoru i podarował butelkę wody (przy takich afrykańskich upałach każdy litr był na wagę złota). Jesteśmy także wdzięczni pewnej pani ze Zdyni, która pozwoliła nam rozbić namiot w swoim ogrodzie i poczęstowała nas ciepłą herbatą - kontynuuje Iwona.

"To niesamowite, ile człowiek może znieść"

Nie obyło się bez kryzysów na trasie. - Jednego wieczoru, gdzieś tak w połowie szlaku, w miejscowości Mochnaczka Niżna, sądziliśmy, że koniec wyprawy jest bliski. Bolały nas barki, odciski i obtarcia dawały wtedy mocno w kość, a samopoczucie było fatalne. Rano jednak wzięliśmy się w garść, pozbieraliśmy bagaże i z pozytywnym nastawieniem wyruszyliśmy w dalszą drogę - mówi Mieszko. - To niesamowite, ile człowiek może znieść, ile trudu i bólu wytrzymać. Jest w stanie przekraczać własne możliwości, czego nawet nie jest do końca świadomy. Bardzo ważny był duch walki, by wytrzymać do końca i wzajemne wsparcie - dodała Iwona.

Jak każda podróż - tak i ta wyprawa górska była dla wędrowców znakomitą lekcją pokory, cierpliwości, wytrwałości i pokonywania własnych lęków i słabości.

- Podczas wyprawy utwierdziłem się w przekonaniu, że wspaniale jest podążać drogą zgodną z własnymi przekonaniami i pragnieniami. Nie warto iść na skróty, bo droga na skróty nigdy nie przyniesie nam pełnej satysfakcji. Była to też nauka, by nie skupiać się wyłącznie na samym celu, ale dostrzegać też całe piękno samej drogi do tego celu - mówi Mieszko.

Całą wyprawę można było obserwować w relacjach zamieszczanych na stronie na Facebook-u, prowadzonej przez Iwonę i Mieszka pn. „Podążając swoją drogą” . A już niebawem kolejna podróż. Tym razem w zupełnie innym klimacie i … kierunku. Gdzie? Zachęcamy do obserwowania strony - tam już wkrótce pojawią się szczegóły.

Czytaj więcej

Napisz do autora w.stech@silesion.pl
Zmiana kategorii na: MODA I URODA